środa, 12 sierpnia 2015

Wataha

Skończyliśmy ostatnio trzeci sezon "House of Cards" (w bólach, najgorszy sezon, ciągnął się jak flaki z olejem, dobrze że do czwartego z rok przerwy), wzięliśmy się za kolejny serial, który zajął nam "aż" dwa wieczory.
"Wataha" to polski serial, sześcioodcinkowy, drugiego sezonu nie ma i nie będzie (i dobrze :>).

"Serial "Wataha" rozpoczyna się od zamachu bombowego, w którym giną oficerowie jednej z jednostek straży granicznej w Bieszczadach. Tylko jednemu z nich uda się przeżyć. Kapitan SG Wiktor Rebrow (Leszek Lichota) w wyniku zamachu traci nie tylko swoich przyjaciół, ale przede wszystkim ukochaną Ewę. Zagubiony, próbuje dociec, co się wydarzyło i kto za tym wszystkim stoi. Oficjalne śledztwo prowadzi prokuratura. Poznaniem prawdy są zainteresowani również jego przełożeni."

I teraz tak. Sezon ma sześć odcinków, każdy po czterdzieści-parę minut. I jakby cały serial skupił się faktycznie na tym, co widzimy w opisie, byłoby super. Ale nie, twórcy chcieli podkolorować rzeczywistość, więc mamy gratisowe trupy co 10 minut, a połowa tych trupów nie wnosi nic do całej historii. Dwa pierwsze odcinki - rewelacja, trzymały w napięciu, no aż chciało się oglądać dalej. A potem równia pochyła, w dół, no ledwo obejrzeliśmy dwa ostatnie odcinki. Absurd gonił absurd.
Ten serial byłby dobry, gdyby:
wersja A: dotyczył faktycznie tylko rozwikłania zagadki zamachu bombowego i nie wprowadzał kolejnych piętnastu trupów (no bez jaj);
wersja B: sezon miałby ze trzydzieści odcinków, a nie sześć.
Plus za obsadę (Dzięgiel, Zieliński, no nawet ten Lichota), muzykę, krajobrazy (Bieszczady!).
Podsumowując: pomysł super, gorzej z realizacją.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz