Zaległe londynowe wpisy z przełomu października/listopada.
Na wstępie sorki za jakość zdjęć, ale nie braliśmy
lustrzanki, a telefonem to wiadomo, różnie bywa ;)
Ok, coś o Londynie ;)
Podzielę temat na kilka wpisów. Dziś o tym, co udało nam się
zobaczyć.
Wylot mieliśmy w środę wieczorem z Poznania. Najbardziej nam
pasuje to lotnisko w sumie. Leciała z nami jeszcze koleżanka, language bay,
obczajcie na ig https://www.instagram.com/languagebay/, uczy angielskiego w
fajny sposób :)
W Londynie byliśmy ok. 22.30 lokalnego czasu. Autobusem
dotarliśmy do miasta przed 1 w nocy, wyrobiliśmy sobie karty oyster – takie,
które się doładowuje i nimi „pika” w metrze, autobusie, pociągu żeby jeździć po
mieście. Piknęliśmy na stacji i niespodzianka, w nocy nie jeździ metro.
Bardzo miły pan z obsługi metra cofnął nam ściągniętą kasę
na karty (po 5 funtów na głowę, sporo) i pokierował nas na nocne autobusy. 30
przystanków, przesiadka, 48 przystanków :D
Potem jeszcze paręset metrów do hotelu i uff, po 3.30
byliśmy na miejscu.
Mieszkaliśmy w Queens Hotel w dzielnicy Crystal Palace –
bardzo polecamy. Miła obsługa (w ogóle w tym Londynie sami mili ludzie ;)),
pokój świeżo po remoncie, spory, ładna czysta łazienka, super wygodne łóżko.
Główny dla mnie minus – ogrzewanie. Nie było kaloryferów,
tylko grzanie z klimatyzatora – ja i Martynka wróciłyśmy z kaszlem. No ale da
się żyć. Minus nr 2 – w hotelu nadal trwa remont, ale w sumie nikt chyba nie
jedzie do Londynu żeby siedzieć w hotelu i słuchać wiercenia, do 8 da się
wyspać, a remont się wreszcie skończy ;)
W czwartek wstaliśmy przed 9.
M. poszedł do marketu po coś na śniadanie i tu niespodzianka
– niezłe ceny. Przykładowo, 6 bułek za 60 pensów, serek kanapkowy do smarowania
1 funt, musztarda 1 funt, opakowanie winogron 500g 2 funty, jogurt do 1 funta,
6 soczków w kartoniku 100% max 1,50 funta. Wiadomo, drożej niż u nas, ale też
bez przesady – nie trzeba głodować ;) Po śniadaniu wygrzebaliśmy się i
pojechaliśmy na Baker Street odwiedzić Sherlocka Holmesa.
Tam znowu niespodzianka – kolejka straszna do muzeum,
padało, więc ze łzami w oczach stwierdziłam że odpuszczamy. Na co M. mówi, żeby
pójść chociaż do sklepu popatrzeć.
A tam od wejścia (znowu!) bardzo miły pan mówi, że mamy
kupić bilety, dać mu wózek i wszystkie klamoty (plecak itp.), on zaniesie to do
biura a my wejdziemy bez kolejki, bo przecież nie będziemy stać z małym dzieckiem,
i to na deszczu. Szok!
Muzeum rewelacja. Zachwyciłam się! Dla fanów Sherlocka
świetna sprawa. I te figury woskowe, brr. Martyna powiedziała że ich nie lubi i
uciekła ;) Sherlockowy sklep – rzeczy fajne, ale ceny wiadomo. Odpuściliśmy tam
pamiątki ;)
Po muzeum trochę pospacerowaliśmy po okolicy, ale się
rozpadało, my byliśmy jeszcze zmęczeni po podróży, więc stwierdziliśmy że
wracamy na naszą dzielnicę.
Tam zjedliśmy przepyszny obiad w wietnamskiej knajpce (udało
nam się, bo godzinę później nie było już miejsca),
odwiedziliśmy Poundland (raj ;))
i wróciliśmy do hotelu, gdzie po 21 poszliśmy już spać.
CDN ;)














Brak komentarzy:
Prześlij komentarz