wtorek, 5 lutego 2019

Londyn naszymi oczami, cz. 1

Zaległe londynowe wpisy z przełomu października/listopada.

Na wstępie sorki za jakość zdjęć, ale nie braliśmy lustrzanki, a telefonem to wiadomo, różnie bywa ;)

Ok, coś o Londynie ;)
Podzielę temat na kilka wpisów. Dziś o tym, co udało nam się zobaczyć.
Wylot mieliśmy w środę wieczorem z Poznania. Najbardziej nam pasuje to lotnisko w sumie. Leciała z nami jeszcze koleżanka, language bay, obczajcie na ig https://www.instagram.com/languagebay/, uczy angielskiego w fajny sposób :)
W Londynie byliśmy ok. 22.30 lokalnego czasu. Autobusem dotarliśmy do miasta przed 1 w nocy, wyrobiliśmy sobie karty oyster – takie, które się doładowuje i nimi „pika” w metrze, autobusie, pociągu żeby jeździć po mieście. Piknęliśmy na stacji i niespodzianka, w nocy nie jeździ metro.
Bardzo miły pan z obsługi metra cofnął nam ściągniętą kasę na karty (po 5 funtów na głowę, sporo) i pokierował nas na nocne autobusy. 30 przystanków, przesiadka, 48 przystanków :D
Potem jeszcze paręset metrów do hotelu i uff, po 3.30 byliśmy na miejscu.
Mieszkaliśmy w Queens Hotel w dzielnicy Crystal Palace – bardzo polecamy. Miła obsługa (w ogóle w tym Londynie sami mili ludzie ;)), pokój świeżo po remoncie, spory, ładna czysta łazienka, super wygodne łóżko.
Główny dla mnie minus – ogrzewanie. Nie było kaloryferów, tylko grzanie z klimatyzatora – ja i Martynka wróciłyśmy z kaszlem. No ale da się żyć. Minus nr 2 – w hotelu nadal trwa remont, ale w sumie nikt chyba nie jedzie do Londynu żeby siedzieć w hotelu i słuchać wiercenia, do 8 da się wyspać, a remont się wreszcie skończy ;)
W czwartek wstaliśmy przed 9.
M. poszedł do marketu po coś na śniadanie i tu niespodzianka – niezłe ceny. Przykładowo, 6 bułek za 60 pensów, serek kanapkowy do smarowania 1 funt, musztarda 1 funt, opakowanie winogron 500g 2 funty, jogurt do 1 funta, 6 soczków w kartoniku 100% max 1,50 funta. Wiadomo, drożej niż u nas, ale też bez przesady – nie trzeba głodować ;) Po śniadaniu wygrzebaliśmy się i pojechaliśmy na Baker Street odwiedzić Sherlocka Holmesa.
Tam znowu niespodzianka – kolejka straszna do muzeum, padało, więc ze łzami w oczach stwierdziłam że odpuszczamy. Na co M. mówi, żeby pójść chociaż do sklepu popatrzeć.
A tam od wejścia (znowu!) bardzo miły pan mówi, że mamy kupić bilety, dać mu wózek i wszystkie klamoty (plecak itp.), on zaniesie to do biura a my wejdziemy bez kolejki, bo przecież nie będziemy stać z małym dzieckiem, i to na deszczu. Szok!
Muzeum rewelacja. Zachwyciłam się! Dla fanów Sherlocka świetna sprawa. I te figury woskowe, brr. Martyna powiedziała że ich nie lubi i uciekła ;) Sherlockowy sklep – rzeczy fajne, ale ceny wiadomo. Odpuściliśmy tam pamiątki ;)
Po muzeum trochę pospacerowaliśmy po okolicy, ale się rozpadało, my byliśmy jeszcze zmęczeni po podróży, więc stwierdziliśmy że wracamy na naszą dzielnicę.
Tam zjedliśmy przepyszny obiad w wietnamskiej knajpce (udało nam się, bo godzinę później nie było już miejsca),
odwiedziliśmy Poundland (raj ;))
i wróciliśmy do hotelu, gdzie po 21 poszliśmy już spać.
CDN ;)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz